Kristine Ong Muslim

***

Stało się to na długo przed tym, jak pierwsze oznaki choroby przyniesionej przez obcych rozniosły się po mojej wiosce. Nie trudno zrozumieć, jak łatwym łupem byli moi ludzie, ponieważ większość z nas była ufna, żądna elegancji i łatwo rozpraszała się nowymi rzeczami lub jakimkolwiek pozorem finezji.

Będąc jedyną osobą w mojej wiosce, która potrafiła rozmawiać w języku Budowniczych, pomogłem katalizować to, co uczeni nazywali  nowoczesnością. Tego dnia u bram spotkałem Budowniczych. Nie zważając na potworny upał, jeden z Budowniczych zrobił zdjęcia potężnej naturalnej formacji skalnej, której używaliśmy jako punktu orientacyjnego i obserwacyjnego. W tej typowej formacji krasowej nie było nic specjalnego, poza tym, że według jednego z Budowniczych wskazywała, że obszar ten był kiedyś dnem oceanu.

— To fascynujące — powiedziałem. I w rzeczy samej tak myślałem. Niezwykłe wydało mi się, jak można coś takiego wywnioskować z formacji skalnej.

Ich przywódca przedstawił się, podając najpierw swój tytuł. — Doktor — powiedział. Ale był innego rodzaju doktorem. Nie takim, który leczy. Miał białe i nienaturalnie równe zęby. Kiedy się uśmiechał, wydawał się szczery. Podał mi też rękę, co mnie zaniepokoiło. Jego ręce były czyste, paznokcie starannie przycięte, a ja nie myłem rąk i miałem brud pod paznokciami. Nie wzdrygnął się, kiedy uścisnąłem podaną przez niego dłoń. A może chciał się nie wzdrygać.

Oprowadziłem Budowniczych po wiosce. Były „ochy” przy skamieniałych pniach drzew w pobliżu jeziora. Były „achy” przy cudownej kompozycji skał warstwowych i ziemi odsłoniętej w wyniku wieloletniego procesu wietrzenia. Dla mnie i dla starszych jest jednak oczywiste, że Budowniczowie wydawali się nieoczekiwanie spokojni, jakby znali już drogę po wiosce. Nie byli na przykład zaskoczeni, ani nie próbowali tego udawać, kiedy zaprowadziłem ich do Otchłani Piekieł — naturalnej dziury stanowiącej dojście ze skalnego miasta do podziemi.

— To gaz ziemny — powiedział bez cienia emocji doktor, który utrzymywał, że jest takim doktorem, który nie potrafi leczyć. W obliczu tak ognistego pokazu i przytłaczającego zapachu zgnilizny, wyjaśnił spokojnie: „W pewnym momencie musiał się zapalić. A ponieważ obszar ten jest niezwykle bogaty w gaz ziemny, pożary nigdy nie zgasły. Ten nieprzyjemny zapach, który czujesz,  to jest siarka.

— Tutaj mam łupki dewońskie — wykrzyknął mężczyzna w średnim wieku w okularach. Dopiero znacznie później zrozumiałem znaczenie jego odkrycia. — Nie uwierzysz w to, co znalazłem w samej bramie — szepnął inny. Był blisko, więc doskonale go słyszałem. — Dickinsonia costata, nienaruszona i doskonale zachowana. Musieli postanowić, aby chronić ją przed żywiołami, ponieważ wierzą, że jej karby mają boskie lub magiczne pochodzenie. Aby zapobiec uszkodzeniom, myślę, że powinniśmy skleić ją na miejscu, a resztę osłonić pianką.

Inny Budowniczy naradził się ze swoim towarzyszem: „Co o tym myślisz, Greg? Wygląda na skamieniałą paproć?”

— Nie sądzę. Mi wygląda na stary, dobry dendryt. Widzisz te podłużne szczeliny na skale? Ale dla pewności weź kilka próbek.

Przez cały czas podziwiałem ich czysto wyglądające ubrania, starannie przycięte paznokcie, krótkie włosy. Jak wielu ludzi w mojej wiosce, przywykłem do chodzenia w nieładzie, nie bacząc na dopasowanie moich ubrań czy uczesanie włosów. Spojrzałem na kobietę niosącą sprzęt elektroniczny i poczułem wstyd. Czułem się brzydki.

Patrząc wstecz na ten pamiętny dzień, mogłem ręczyć życiem za to, że przyszli w pokoju, wykazując się manierami i znajomością naszych zwyczajów. Musieli nas badać bez naszej wiedzy. Wiedzieli, że nie powinni patrzeć nam prosto w oczy, ponieważ byłoby to opacznie zrozumiane jako oznaka agresji. Nie szli przed nami, ponieważ zinterpretowalibyśmy to jako formę poniżania. A to, że wybierając punkt początkowy swojej budowy, studiowali otoczenie okiem badacza, powiedziało mi, że choć na pewno czegoś od nas chcieli, to my też możemy coś od nich dostać w zamian — być może zrozumienie naszego naturalnego świata dzięki ich wykształconym oczom. Myślałem, że moim ludziom przyniesie to korzyści. Dlatego przekonałem wszystkich, że należy im pozwolić zostać. Powinno się pozwolić im zostać, nawet gdybym poczuł chorobę wypływającą z ich potu. Och, to było nieomylne — odór choroby od obcych.

Wyciągnęli swoje dziwnie wyglądające statywy i powiedzieli mi, że służą do badania krajobrazu. Machali też warkoczącymi wykrywaczami metalu. Dwóch z nich rozpoczęło proces ustawiania na ziemi czegoś, co wyglądało mi na tytanowe szkielety przenośnych namiotów.

Następnie wyjaśnili, co mogą zrobić dla wioski.

Zbudujemy szpital i szkołę — powiedział lekarz. I autostrady, dzięki którym będzie można dotrzeć do cywilizacji. Można też zbudować bazę turystyczną. Moglibyście sprzedawać coś turystom, wykonywać dla nich magiczne pokazy, co tylko zechcecie. Zbudowalibyśmy fabryki, żebyście mogli szybciej produkować więcej rzeczy. Następnie pompy do zasysania wody podziemnej, dzięki którym nie musielibyście polegać na wodzie z niebezpiecznych i nieosłoniętych studni. Później instalacje hydrauliczne. Następnie tamy. Moglibyśmy też zbudować zakład chemiczny gdzieś na równinach na wschód od kanionów. Z zakładu chemicznego byłby widok na pola lawendy. Będziemy mieć naszych dobrze wyszkolonych operatorów instalacji, którzy będą obsługiwać tę część projektu.

Lekarz, ten, który rzekomo nie leczy, ciągnął dalej. Kołysałem się.

Spojrzałem na pola i dolinę, którą przeznaczaliśmy pod uprawę, wyobrażając sobie, jak zaroi się od Budowniczych. Dzikie bestie lata marniały wśród drzew, ich rogi połyskiwały srebrzyście w gasnącym popołudniowym słońcu. Z daleka majaczył las. „Wszystko to wkrótce się zmieni”, myślałem. W mojej głowie widziałem deszcz na tle makadamu. Widziałem stopy mojego ludu, które nie były już bose i brudne od ziemi. Wkrótce nie będzie czegoś takiego jak „tam”.

Tej nocy wyjaśniłem starszyźnie wioski, że kiedy pozwolimy, by Budowniczowie nas dotknęli, rozpocznie się rozpad wszystkiego, w co wierzyliśmy, wszystkiego, czym byliśmy. Przedstawiłem im czarno na białym konsekwencje. Wiedziałem, że nie musiałem im tego specjalnie wykładać, aby to zrozumieli. Oni też poczuli w powietrzu utrzymującą się chorobę obcych, poczuli efemerycznie ich chuch, dostrzegli przelotnie ich zgrabne dłonie — dłonie, które mogą zarówno niszczyć, jak i tworzyć.

Zaskakujące było to, jak starszyzna zaciekle się kłóciła. Niektórzy z nich opowiadali się za tym, aby Budowniczowie zostali w naszej wiosce, aby robić to, po co tu przybyli. Być może myśleli, że decyzja, czy powitać obcych, należy do nich. A może to chęć posiadania pewnej kontroli skłoniła ich do omawiania różnych spraw, jakby wciąż mieli wybór. Nie sądziłem, że moglibyśmy zmusić Budowniczych do odejścia, nawet gdybyśmy chcieli. Gdyby do tego doszło, Budowniczowie mieli sposoby i posiadali rzeczy, których mogliby użyć do obrony, gdybyśmy spróbowali odepchnąć ich siłą.

Tak więc Budowniczowie zostali. Większość warunków była uczciwa i przejrzysta dla nas. Tym, co pozostało niewypowiedziane tej nocy, był fakt, że po prostu nie mogliśmy zmusić ich do wyjazdu, dyplomatycznie ani w inny sposób.

***

Następnego dnia jedna z Budowniczych miała wypadek, wspinając się prawie pionowo po skałkach. Mechanizm asekuracyjny zawiódł i nic innego nie zapobiegło jej upadkowi.

Budowniczowie wzięli dzień wolny po tragedii. Szpiegowałem ich, udawałem, że patrzę na ich plany i to, co nazywali odczytami tomograficznymi. Udawałem, że rozumiem ich potrzebę wykonywania pomiarów i zapisywania danych. To, co mnie naprawdę ciekawiło, to ich smutek. Nauczono mnie wierzyć, że pojąć, co naprawdę wiąże grupę ludzi można wyłącznie, obserwując, jak opłakują swoich zmarłych. A Budowniczowie — och, byli piękni w tej swoje rozpaczy, na tym obcym terytorium, dzieląc się smutkiem.

Zauważyłem jednego mężczyznę płaczącego cicho przed klimatyzowanym namiotem, w którym Budowniczowie trzymali swój sprzęt elektroniczny. Powiedziano mi, że jest bratem zmarłej kobiety i pracował jako technik komputerowy grupy.

Z perspektywy czasu zdaję sobie sprawę, jak wywoływanie współczucia może posłużyć za broń. Ale w tamtym czasie, gdy brat zmarłej kobiety borykał się z poczuciem bezmiernej straty, chciałem pomóc Budowniczym w ich misji. Pamiętam migawki z historii świata, której uczyłem się, gdy wiele lat temu byłem szkolony przez osoby z zewnątrz. Pamiętam, jak śniada Katarzyna Medycejska, mimo okrucieństw, które nastąpiły po objęciu przez nią władzy, oczarowała swoich poddanych, ponieważ z niewiadomych przyczyn mogła liczyć na ich współczucie. Wyobrażali sobie, jak ich królowa zagląda do dziury w podłodze prowadzącej do sypialni, którą jej mąż dzielił z Dianą de Poitiers. Wyobrażali sobie swoją królową w desperacji, kiedy uciekała się do picia dużych ilości moczu muła, ponieważ myślała, że pomoże jej to począć następcę tronu. Tak, zdolność wzbudzania współczucia może być interesująca na wiele sposobów.

***

Trzeciego dnia Budowniczowie wznowili pracę. A kiedy to zrobili, doktor dokładnie wyjaśnił, dlaczego położenie naszej wioski jest tak spektakularne, przy czym ja robiłem za tłumacza. Na ścianie zaciemnionego namiotu wyświetlały się slajdy. Opisywał kolejno, co wiedzieli o moim narodzie, dlaczego tu przyjechali i jak ich badania mogą jednocześnie zmienić paleontologię i antropologię. Niektórzy starsi byli pod wrażeniem. Niektórzy byli przestraszeni i onieśmieleni. Tylko dwóch z nich gwałtownie zaprotestowało, rzucając się i ciskając czymś, co wyglądało na sprzęt telekomunikacyjny.

Tiago, jeden ze starszych, który stanowczo odmówił Budowniczym dostępu do jego domu, spojrzał na mnie i powiedział w naszym języku: „Ciało jest suche”. Ciało jest spieczone. Ciało jest wiecznie wadliwe i niechętnie ukrywa widoczne oznaki nadużycia. Dołącz do mnie. To wszystko, co możemy zrobić. Ci Budowniczowie tutaj nie pasują. Na karkach pojawią się wrzody. Czyraki wyrosną tuż pod ich skórą. Ich potomkowie będą nosić ten znak

To była klątwa Ridiki, boga zarazy. Moi ludzie wiedzieli, co może zrobić, gdy zostanie w całości wyrecytowana przez rozwścieczonego członka starszyzny. Aby uniemożliwić mu jej dokończenie, jeden ze starszych podszedł do niego od tyłu i powalił na ziemię. Reszta starszyzny potrzebowała całej nocy, żeby uspokoić Tiago.

Trzy dni później dwoje dzieci zmarło na chorobę wywołaną przez Budowniczych. Po prostu się nie obudzili. Na ich ramionach widniały małe czyraki. Na młodych ciałach, z których życie uszło zaledwie kilka godzin wcześniej, pojawił się też charakterystyczny zapach zgnilizny. Mój lud i ja myliśmy i owijaliśmy ciała naszych zmarłych dzieci, modliliśmy się i nosiliśmy je do miejsca pochówku za doliną. Surowe bestie lata patrzyły, jak grzebaliśmy naszych zmarłych.

To był dopiero początek. Około szesnastu kolejnych moich ludzi zachorowało i zmarło. Tiago był pierwszym ze zbuntowanych starszych, który umarł. Tylko ci, którzy nie mieli nic przeciwko Budowniczym, byli odporni na chorobę. Przeżyliśmy. Zasymilowaliśmy się.

Po niedługim czasie przestaliśmy wyglądać niechlujnie, zyskując wypieszczony, wymuskany wygląd i dobre maniery. Powoli moi ludzie nauczyli się języka obcych. Potem przyszedł czas na naukę ich sztuk, nauk ścisłych, sposobów patrzenia na świat.  Kiedy spojrzeliśmy sobie w oczy, przestaliśmy uważać to za akt agresji. A kiedy Budowniczowie szli przed nami, nie odbieraliśmy już tego jako umniejszanie.

***

Czas mijał, a dolina była teraz tętniącą życiem metropolią. Atrium zamknięte szklaną kopułą filtrującą promienie UV pełniło rolę centrum dowodzenia Budowniczych. Pracowałem z nimi, figurując na ich liście płac jako swego rodzaju emisariusz, symboliczny pośrednik. Byłem dobrze wynagradzany za wykonywanie łatwych zadań.

Przy wejściu do centrum dowodzenia Budowniczych znajdowało się tłumaczenie pierwszego z naszych dziewięciu świętych kamieni. Budowniczowie musieli uznać upamiętnienie tego, co zostało napisane na pierwszym świętym kamieniu, który był zapisem naszych początków, za bardzo ważne. Historia mojego ludu, napisana teraz w języku budowniczych, została wyryta na dużej metalowej płytce. Napis brzmiał:

„Czy teraz widzicie, co się z nami stało? Kiedy nas znaleźliście, byliśmy śniadzi i nieokrzesanie dziewiczy —  nasze rogi i skóry zdobiły nasze oblicza, nasze kopyta nie były jeszcze obdrapane ani zakrwawione przez niezliczone ciernie, nasza cicha, wieloraka ciemność schowana była poza zasięgiem wzroku. Było to zanim opływająca w żelazo skała o średnicy około mili zdziesiątkowała obszar lasu tropikalnego, który nazywaliśmy domem. 

Podmuch sponiewierał drzewa, zamienił je w pokorne byty otaczające obrzeża miejsca katastrofy, teraz bezgłośnego i bezbarwnego jeziora wulkanicznego, z którego ulewa się woda z glonami. To, co kiedyś było drzewami, zamieniło się w skarłowaciałe drewniane figury pochylające się w kierunku krateru, jakby w końcu oddawały cześć temu, co zabiło większość z nich. A jeśli przyjrzeć się tym niezupełnie już drzewom wystarczająco uważnie, można zauważyć, jak drgają, wzdrygają się i szeleszczą swoimi fantomowymi gałęziami ubranym w fantomowe liście —  a wszystkie te subtelne ruchy widać nawet przy bezwietrznej pogodzie.

Niektórzy z nas zginęli. Ci, którzy przeżyli, to Ci, którzy mogli naśladować to, co uchodziło za martwe. Ci, którzy rozwinęli skrzydła, to ci, którzy przypominali dzikie bestie lata — niespokojnych i leniwych, lekkomyślnych i samolubnych, tych gruboskórnych nieulegających podwyższonym progom bólu. Weszli do miast i zmieszali się z dwunożnymi, którzy dawno temu nauczyli się, jak wstać z czworaków, jak silnie pożądać tego, co mają inni, zawsze brać więcej niż potrzeba.”

Oczywiście pozostałym starszym zapewniono wygodę. Budowniczowie zadbali o to, gdy zrównali dolinę z ziemią i bezlitośnie wyrzeźbili pierwszą warstwę kopalni odkrywkowej na skraju tego, co niegdyś było lasem chroniącym dzikie bestie lata. Wszyscy starsi dostawali dobrze wyposażone, klimatyzowane pokoje w wieżowcu mieszkalnym, z kamerdynerami, szefami kuchni i pracownikami służby zdrowia na zawołanie. Zajmowali te po zachodniej stronie, te z najszerszymi balkonami i ścianami obładowanymi oszałamiającą drabiną warzyw uprawianych hydroponicznie — dodatkiem, który ja zasugerowałem, ponieważ wiedziałem, że zadowoli moich ludzi.

Balustrady balkonu były złocone i błyszczały się ostro w słońcu. Zanotowałem w pamięci, aby jak najszybciej zastąpić je balustradą z kutego żelaza.

Czytałem wczoraj, jak pisali o nas Budowniczowie w podręcznikach do historii. Książki były bogato ilustrowane, miały systematycznie oznaczone płytki wewnętrzne. Różne obszary doliny zostały przypisane jako Siatka 1, Siatka 2 i tak dalej. Nadali nawet nowe nazwy magicznym amuletom mojego ludu. Budowniczowie mieli na nie wiele różnych nazw, takich jak archeocyatydy, trypanity, edrioasteroidy i petroksesty — wszystko w rozdziale zatytułowanym Skamieliny.

Przekład: Marcin Kucharski

Oryginalne opowiadanie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s