A drama of our timeFernando Sorrentino

Historia ta miała miejsce, gdy młodość i optymizm byli mi bliskimi przyjaciółmi.

Wiosenny wiatr przechadzał się po ulicy Matienzo w Las Cañitas około 11.00 pewnego czwartku, w dniu, w którym wolny byłem od wszelkich zajęć nauczycielskich. Nauczałem języka i literatury w wielu szkołach średnich. Byłem przepełnionym miłością do wyobraźni i książek dwudziestosiedmiolatkiem.

Siedziałem na balkonie, popijając mate i kolejny raz, po prawie piętnastoletniej przerwie, czytałem urocze opowieści z Kopalni Króla Salomona. (Z przykrością stwierdziłem, że gdy byłem chłopcem, podobały mi się znacznie bardziej).

Nagle poczułem na sobie czyjś wzrok.

Spojrzałem w górę. Na jednym z balkonów budynku stojącego na wprost tego, w którym mieszkam, na wysokości mojego mieszkania, wyśledziłem wzrokiem młodą kobietę. Uniosłem dłoń i pomachałem. Ona zaś, odmachała mi, po czym opuściła balkon.

Zaciekawiony rozwojem sytuacji, spróbowałem dostrzec wnętrze jej mieszkania, jednak bez rezultatu.

– Nic z tego nie będzie – powiedziałem do siebie, powracając do lektury.

Nie zdążyłem przeczytać nawet dziesięciu linijek a ona była już z powrotem na balkonie, tym razem z ciemnymi okularami na nosie. Położyła się na leżaku.

Zacząłem gorączkowo dawać sygnały i gestykulować. Młoda kobieta czytała – albo udawała, że czyta – magazyn. „To podstęp”, pomyślałem, „to nie możliwe, żeby mnie nie widziała, pewnie udaje, a ja mogę cieszyć się przedstawieniem”. Nie mogłem dostrzec jej rysów, ale mogłem stwierdzić, że była wysoka, szczupła a włosy miała proste, do ramion. W sumie, wyglądała na piękną kobietę, miała może dwadzieścia cztery, może dwadzieścia pięć lat.

Opuściłem balkon, poszedłem do sypialni i podglądałem przez okiennice. Patrzyła w moim kierunku. Wybiegłem więc i złapałem ją na gorącym uczynku.

Wymachiwałem pompatycznie w jej kierunku, domagając się odpowiedzi. Rzeczywiście, odmachała. Po takich pozdrowieniach, zazwyczaj następuje nawiązanie rozmowy. Ale oczywiście nie zamierzaliśmy przecież wrzeszczeć do siebie z takiej odległości. Uniosłem więc wskazujący palec prawej ręki do ucha i wykonałem obrotowy ruch tak żeby, jak ktoś się jeszcze nie domyślił, zasugerować rozmowę telefoniczną. Wzruszając ramionami i rozkładając bezradnie ręce, kilkukrotnie próbowała pokazać, że nic nie rozumie . Dziwka! Jak mogła nic nie rozumieć?

Wszedłem z powrotem do środka, odłączyłem telefon z gniazdka i zabrałem go ze sobą na balkon. Trzymałem go nad głową, niczym puchar z igrzysk lekkoatletycznych. „I co ptasi móżdżku, kapujesz teraz?” Tak, skapowała, uśmiech od ucha do ucha zagościł na jej twarzy, skinęła twierdząco głową.

Dobrze. Miałem już jej pozwolenie. Jedyne czego nie miałem, to jej numer telefonu. Musiałem go poznać używając tylko języka ciała.

Na powrót zacząłem używać skomplikowanych gestów i sygnałów. Sformułowanie pytania nie było łatwe, ale doskonale zdawała sobie sprawę z tego, co chciałem wiedzieć. Naturalnie, jak każda kobieta, chciała się ze mną troszkę podroczyć.

Rozciągnęła zabawę w czasie, tak bardzo, jak to tylko możliwe. W końcu, udawała, że zrozumiała to, co bezwątpienia było jasne od samego początku.

Palcem wskazującym rysowała jakieś hieroglify w powietrzu. Zdałem sobie sprawę, że rysowała cyfry, jednak tak, jak ona je widziała, więc musiałem odkodować je, tak jakbym widział je w lustrze. W ten oto sposób, udało mi się odczytać siedem cyfr, które miały pozwolić mi na kontakt z dobrze wyglądającą sąsiadką z naprzeciwka.

Byłem w niebo wzięty. Podłączyłem telefon i wykręciłem numer. Już po pierwszym sygnale ktoś odebrał.

– Halloooo!! – w moim uchu rozbrzmiał głęboki, męski głos.

Zawachałem się zaskoczony.

– Kto tam? – dodał grzmiący głos z nutą złości i niecierpliwości.

– Uh – wymamrotałem przestraszony – Czy dodzwoniłem się pod 771…?

– Mocnej, seńor! – przerwał mi nagle – nic słyszę, seńor! Do kogo chciałeś się dodzwonić seńor?

Powiedział „mocniej” zamiast „głośniej”, powiedział „nic słyszę” zamiast „nic nie słyszę”, powiedział seńor takim tonem, jakby mówił do debila. Przerażające. Wyjąkałem:

– Uh… Z dziewczyną…

– Jaką dziewczyną, seńor? O jakiej dziewczynie mówisz, seńor? – W piorunującym głosie słychać było nutę groźby.

Jak wytłumaczyć coś komuś, kto nie chce czegoś zrozumieć?

– Uh… Z dziewczyną z balkonu – powiedziałem cieniutkim, ledwo słyszalnym głosem.

Pozostał niewzruszony. Wręcz przeciwnie, jeszcze bardziej go to rozzłościło.

– Proszę, nie zawracaj nam głowy, seńor! Jesteśmy zapracowani, seńor!

Irytujący odgłos odkładanej słuchawki zakończył rozmowę. Zaniemówiłem na jakąś minutę. Spojrzałem na telefon i zakląłem przez zaciśnięte zęby.

Potem nawrzucałem pod nosem tej głupiej dziewczynie, która nie raczyła odebrać telefonu osobiście. Następnie stwierdziłem, że to była moja wina, że zadzwoniłem zbyt szybko. Mężczyzna o grzmiącym głosie odebrał tak szybko, musi mieć telefon pod ręką, może na biurku. To pewnie dlatego powiedział: „Jesteśmy zapracowani”.

Ale co z tego? Każdy pracuje, to przecież nic wyjątkowego. Próbowałem go sobie wyobrazić, dodając mu odrażających cech, był tłustym, rumianym, upoconym grubasem.

Ten gość o tubalnym głosie bezwarunkowo pokonał mnie przez telefon. Dopadł mnie zły nastrój i zapragnąłem zemsty.

Po tym jak wróciłem na balkon, postanowiłem zapytać młodą kobietę o jej imię. Nie było jej tam.

–  Oczywiście – wydedukowałem optymistycznie – przecież stoi teraz nad telefonem i czeka aż zadzwonię.

Z następną dozą optymizmu, ale w pewnym sensie i trwogi, wykręciłem siedem cyfr. Usłyszałem jeden sygnał i nagłe:

– Halloooo!!

Przerażony rozłączyłem się.

Pomyślałem:

– Ten troglodyta może mnie tyranizować tylko dlatego, że brakuje mi jednej rzeczy: imienia osoby, z którą chciałem rozmawiać. Muszę je zdobyć.

Potem wywnioskowałem:

– W książce telefonicznej jest sekcja, w której można odnaleźć czyjeś imię. Nie mam książki telefonicznej. Duże firmy je mają. Banki są dużymi firmami. Stąd też banki je mają. Mój przyjaciel Balbón pracuje w banku. Banki otwierają w południe.

Poczekałem do 12.30 i zadzwoniłem do Balbóna.

– Oh, drogi Fernando – powiedział podnosząc słuchawkę – nawet nie wiesz jak się cieszę, że cię słyszę…

– Dzięki Balbón, ale słuchaj…

– …ten głos, taki beztroski, głos mężczyzny, który nie ma w życiu obowiązków. Szczęściarz z ciebie, drogi Fernando, jak tak sobie dryfujesz na falach szczęśliwego życia, nie pozwalając czynnikom zewnętrznym na zakłócanie spokoju. Szczęściarz z ciebie…

Nie mogę tego udowodnić, ale musicie mi uwierzyć: przysięgam, Balbón istnieje i naprawdę mówi takie rzeczy.

Rzucając w moją stronę tak wymyślne zaklęcia, nie dając mi dojść do słowa, przeszedł do użalania się nad sobą.

Dla porównania, ja, skromny nic nieznaczący Balbón, żyje sobie tym samym życiem, jakim żyłem wczoraj i jakim będę żyć jutro, a także po wieki wieków, wlekąc ze sobą ciężki bagaż nędzy i bólu przez zdradliwą planetę…

– Słyszałem tę historię już tysiące razy.

Zamyśliłem się, wyczekując końca potoku żali. Następnie, niespodziewanie usłyszałem:

– Miło było cię usłyszeć, trzymaj się, narazie.

I się rozłączył.

Obruszony, zadzwoniłem jeszcze raz.

– Che, Balbón! – odezwałem się z wyrzutem. – Dlaczego się rozłączyłeś?

– Ah – odparł – chciałeś mi coś powiedzieć?

– Chciałbym, abyś zajrzał w książkę telefoniczną, sprawdził czyje nazwisko widnieje obok numeru telefonu…

– Czekaj, szukam swojego wiecznego pióra. Nienawidzę pisać ołówkiem ani piórem kulkowym.

Robiłem się niecierpliwy.

Wreszcie, po kilku minutach, odparł:

– Ten numer należy do IRMY G. DE. CASTELLUCCI. Castellucci przez dwa el i dwa ce. A tak właściwie, po co ci to?

– Dzięki wielkie, Balbón. Wyjaśnię ci to kiedyś. Narazie.

W końcu byłem w posiadaniu potężnej broni. Wybrałem numer dziewczyny.

– Halloooo!!- zagrzmiał jaskiniowiec.

Bez wachania, dźwięcznym, modulowanym głosem, a nawet z nutą stanowczości wyartykułowałem:

– Chciałbym rozmawiać z Seńoritą Castellucci.

– Kto mówi seńor?

Wkurzał mnie zwyczaj pytania kto mówi. Żeby wyprowadzić go z równowagi powiedziałem:

– Tu Tiberíades Heliogábalo Asoarfasayafi.

– Ale seńor – wybełkotał – Państwo Castellucci nie mieszkają tu już od ponad czterech lat, seńor. Tyle ludzi tu dzwoni, pytając o tych cholernych Castellucci, seńor!

– Skoro już tutaj nie mieszkają, to po jaką cholerę pytasz mnie kim jestem?

Rozłączył mnie, wrzucając wściekle słuchawką. Nie dał mi nawet najmniejszych szans na protest przeciw jego despotycznemu zachowaniu. Cóż, nie zamierzałem tak tego zostawić!

W mgnieniu oka wykręciłem numer jeszcze raz.

– Halloooo!!

Wymawiając powoli każde słowo, jakbym był upośledzony umysłowo, zapytałem:

– Czy mogę plosić s kimś s lodziny Castellucci?

– Nie, nie możesz, seńor! Castellucci nie mieszkają tu od czterech lat, seńor!

– Oh, to śfietnie. To ty seńor! Castellucci … Co słychać, seńor Castellucci?

– Nie, nie seńor! Posłuchaj, seńor! – Prawie wybuchnął ze złości. – Castellucci nie mieszkają tutaj od siedmiu lat, seńor!

– Wsystko w porządku, seńor Castellucci? – grzecznie zapytałem. – A siostra? A maleństwa? Nie pamiętas mnie, seńor Castellucci?

– Ale kim jesteś, seńor? – Oprócz tego, że potwór był przerażający, to jeszcze ciekawski.

– Tu Alnie, seńor Castellucci.

– Arnie? – powtórzył ze wstrętem – a nazwisko?

– Alnie, seńor Castellucci, z księgalni.

– Skąd? Księgarni? – Nie zrozumiał mnie dobrze: byłem bliski głośnego parsknięcia śmiechem.

– Alnie, seńor Castellucci, Alnie West.

– Arnie West? Jaki znów Arnie West?

– Alnie West, ten, co ma zeza i brodę fest, seńor Castellucci.

Eksplodował jak bomba atomowa:

– Zrób mi koleś przysługę i spadaj. Lepiej strzel sobie w łeb, klownie jeden!

– Nie mogę, seńor Castellucci. Ostatnim lazem, gdy chciałem scelić se w łeb, pzez pzypadek zasceliłem pingwina z Antalktyki, seńor Castellucci.

Nastąpiła chwila ciszy, tak jakby, w swoim całkowitym szaleństwie, zużywał tlen z całej atmosfery, by nie umrzeć na apopleksję.

Czekałem cierpliwie.

Wtedy, w szczycie złości, dusząc się własną furią, demon wytoczył przeciwko mnie ciężką artylerię. Krzyczał, wypluwał słowa tak szybko, że obijały się jedno o drugie.

– Idź do diabła, ty syfiliczna, obślizgła kupo syberyjskiego gówna, ty umysłowa sieroto, ciastogłowy onanisto, pasożycie jeden, twoja matka jest zjebaną kurwą!!!!

– Tak się ciesę, ze tak dobze o mnie mówis, seńor Castellucci, muchas glacias, Castellucci

Cisnął wściekle słuchawką z olbrzymim hukiem. Szkoda, bo podobały mi się te obelgi. To było cudowne uczucie, móc wyobrazić sobie własnego wroga, jak robił się purpurowy, pocił, rwał włosy z głowy i obgryzał paznokcie… może nawet zepsuł sobie telefon waląc nim z takim impetem.

Poczułem coś, jakby szczęście. Nie miało już znaczenia to, że nie mogłem porozmawiać z dziewczyną z balkonu.

Oryginalne opowiadanie: Fernando Sorrentino

Przekład z hiszpańskiego na angielski: Michele McKay Aynesworth

Przekład z angielskiego na polski: Marcin Kucharski

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s