Amerykańska siostra

Posted: Marzec 14, 2012 in Inne
Tags: , , ,

Amerykańska siostra Sung J. Woo

Amerykańska siostra

Jeżeli jeszcze jakiś Azjata miałby pojawić się w życiu Ally, to tylko jeden, krzyczała.

– HI-YA! – zawrzeszczała, chyba nawet próbując przybrać pseudopozycję kung fu, w tygrysim stylu, z palcami wykrzywionymi w kształt pazurów, gotowa do wykopania niechcianego Żółtka tam, skąd przyszedł. Nie to, że chciała zmusić go do powrotu do swojego kraju, nic z tych rzeczy, nie była jedną z tych osób, ale jeżeli mógłby dać jej spokój, to by wystarczyło.

Miała duże doświadczenie we wrzeszczeniu. Tym właśnie zajmowała się, gdy nie robiła za kelnerkę w Shanghai Surprise, miejscu jej codziennej pracy, albo, co byłoby lepszym określeniem, pracy, która pozwalała jej na zapłatę za jedzenie i czynsz za mieszkanie, które dzieliła z Moną Fong, swoja współlokatorką. Ally pracowała w porze obiadowej, więc popołudniami krzyczała do mikrofonu w Lucky Stars Studios, chrząkając, krzycząc i wydając z siebie wszystkie te odgłosy walki, o których obecności w sobie nie była przedtem świadoma. Pomiędzy brutalnymi efektami dźwiękowymi wypowiadała śmiesznie złowrogie linijki jak na przykład: „Zabijając mojego mistrza, mogłeś zabić też mnie!” albo „Pomszczę twą śmierć zanim sama zginę, ojcze!”.

Ally Carter była dubbingowcem. To właśnie w ten sposób, wiecznie zaspany ekspert od elektroniki audiowizualnej, Wietnamczyk Tran, nazywał ją i dwoje innych aktorów, którzy przygotowywali angielskojęzyczne dialogi, aby ten mógł je potem sklecić w nieskończoną liczbę okropnych filmów kung fu upchanych w szafkach Lucky Star. Tak jak Ally, Tran był pewien, że ta praca będzie przełomem w jego karierze, ale, również tak jak w przypadku Ally nic innego się nie wydarzyło. To, co miało być półrocznym okresem przejściowym, okazało się być już dwuletnim pobytem. A czas uciekał.

– Spielberg – powiedział jej, gdy ostatnim razem byli razem na dymku pewnego styczniowego dnia. Zamieniali dłonie po każdym zaciągnięciu się, trzymając tę drugą cały czas w kieszeni dżinsów, na marne próbując ją rozgrzać. – Powinienem pracować ze Spielbergiem. Może nie bezpośrednio z nim, ale z jednym z jego podwładnych. Mój profesorek, to on zaaranżował to wszystko dla mnie. – Zaciągnął się głęboko, po czym szybko wypuścił dym. – Jestem jebanym idiotą.

Ally również zaciągnęła się głęboko w milczeniu, potakując jedynie. Tran zdążył już opowiedzieć jej swoją ckliwą historię co najmniej dwukrotnie. Nie wyjechał na Wschód ze względu na pewną dziewczynę, która zresztą już wtedy kogoś miała, o czym oczywiście zapomniał wspomnieć Ally. To wszystko przez ból – to, że wciąż o czymś zapominamy, to, że chcemy dzielić się z kimś swoim pechem aby w pewnym sensie pozbyć się go. Bóg jeden wie, ile razy musiała opowiedzieć swoją ‘przykrą’ historię Meg w Shanghai, gdy stały na zewnątrz tak jak teraz, przemarznięte dosłownie do szpiku kości.

Tran był kolejnym Azjatą. Mona — jej współlokatorka — Tajwanką. Meg, jej znajoma kelnerka i przyjaciółka z restauracji — Koreanką. Raymond Chow i Raymond Liu, jej dwaj szefowie o tych samych amerykańskich imionach — imigrantami z Hongkongu. Koleś, od którego każdego ranka kupowała kawę, jakkolwiek miał na imię — Hindusem. A Bill był Japończykiem.

Bill. Za każdym razem, gdy wypchnęła go z klifu swojego umysłu ten na chwilę znikał, po to by potem znów wrócić. Małe, białe skrzydła unosiły go na wietrze, lądował znów obok niej.

Ally znów zaciągnęła się papierosem. Musi z nim zerwać. Dziś. Po czytaniu. Poczuła rękę na ramieniu.

– Cześć.

– Cześć – powiedziała do Billa, i wiedziała, że nie uda się jej dziś zerwać, ani jutro, być może nigdy.

Efekt relacji ojca Japończyka i matki Włoszki. Bóg manipulował perfekcyjną genetyczną kombinacją, aby zrobić go najprzystojniejszym facetem jakiego znała. Wszystko o Billu Nakamurze było piękne na  zewnątrz — jego brązowe oczy z lśniącymi, złotymi plamkami, jego głos tak barytonowy, że aż łaskotał, jego stopy, kochała jego stopy, palce u stóp jak małe rzeźbione totemiki – wszystko to sprawiało, że jego wewnętrzna niedoskonałość była jeszcze bardziej bolesna i tajemnicza. Tak bardzo bał się wszystkiego – tego, że będzie nielubiany, nierozumiany czy tego, że nie jest wystarczająco dobry. To właśnie strach powstrzymywał go przed sukcesami w aktorstwie. Doskonale zdawał sobie z tego sprawę, a mimo to jego samoświadomość nie dała mu więcej siły. Jeżeli w ogóle coś mu dała, to raczej jeszcze większy strach.

W ogóle nie myślała o nim w kategoriach związku. Po czytaniu zakradli się do niego, uprawiali seks. Potem rozmawiali o głupotach, jej głowa otulona jego ramieniem, jej palce szkicowały granice rzadkiej kępki siedmiu cienkich włosków na środku jego torsu. Był już ósmy –  dopiero co wyrastał a Ally zastanawiała się, czy zobaczy go jeszcze, gdy będzie tak długi, jak pozostałe.

Nie byli sobie przeznaczeni, ale zadziałał zbieg okoliczności i siły wyższe, albo tylko sobie to wmawiała, żeby zmniejszyć poczucie winy. W zeszłym roku, w listopadzie, po ich trzecim dniu czytania, szli ze studia do Starbucksa ulicą 17, gdy na środku ulicy zatrzymał ich czarnoskóry mężczyzna w wyświechtanym czarnym płaszczu, grożąc błyskiem długiego, zakrzywionego ostrza, takiego, jakim zazwyczaj filetuje się ryby. „Duże ryby”, pomyślała Ally, albo ludzi.

– Dawać forsę –  powiedział szybko, łagodnie.

Była wtedy niedzielna noc, a że mieli napięty harmonogram w pracy, na sesji zeszło im do wpół do dwunastej. Ally rozejrzała się dookoła i nie zobaczyła żywej duszy, nie to, że liczyła na jakąkolwiek pomoc, ale to zawsze byłoby coś.

Wtedy zobaczyła rękę Billa na swoim ramieniu –  długie palce, wystające kości, dłoń wojownika. Wcześniej, tamtego wieczoru, zanim czytali kolejną, tanią komedię o zarozumiałej księżniczce wspomniał jej, że chodził na lekcje karate przez trzy lata. Wyobrażając sobie Billa rzucającego się z serią ciosów na nieznanego, zobaczyła nagle jak tamten jest tak naprawdę przerażony. Można było to wydedukować po jego wyglądzie: nerwowy wyraz twarzy, przekrwione oczy, drżące nogi. Ściskał w dłoni nóż, ale był tak głęboko ukryty pod kurtką, iż spokojnie wystarczyłoby czasu na zadanie ciosu i powalenie go na ziemię.

– Pośpiesz się –  zawołał Bill wyrywając jej portmonetkę. Drugą ręką podał mężczyźnie zawartość swojego portfela.

W jej torebce nie było wiele, prawie same drobne.  Gość wyrwał im ją szybkim ruchem ręki i uciekł bez słowa, odgłosy jego kroków powoli cichły, gdy ten znikał w ciemności.

– Chodźmy –  powiedział Bill, łapiąc ją za rękę.

Pobiegli na koniec uliczki, gdzie było więcej światła i ludzi. Zwolnili przy rogu a Bill pochylił się nad oświetlonym neonem oknem chińskiego baru szybkiej obsługi, pożółkłe od słońca zdjęcia ich ulubionych dań.

– Oh –  wykrzyknął zalewając się łzami, patrząc na nią z takim szczerym, dziecięcym przerażeniem –  mogliśmy…. mogliśmy zginąć.

Ally zrobiła jedyną rzecz, jaką mogła –  wtuliła go w swoje ramiona niczym matka, ochraniając go przed całym złem świata. Kilka tygodni później pewnie zapyta o plamkę na lewym ramieniu jej zamszowego płaszcza, a ona wtedy powie, że była tam od zawsze.

Tej nocy kochali się po raz pierwszy.

– Słyszałem o tym –  powiedział Bill, gdy leżeli w łóżku, w kawalerce cuchnącej seksem i pizzą – że, gdy ludzie znajdują się w sytuacji zagrażającej życiu mają ochotę na seks.– Bill miał trochę ciasta, które zostało po poprzedniej nocy, więc odgrzali je i zjedli całe do ostatniego okruszka, zdziwieni swoim nocnym głodem. – Czy to właśnie to nas spotkało? – zapytał przybliżając do niej swoją twarz.

Ally pocałowała jego brwi, potem jego nos, potem usta. Fantazjowała o jego nagim ciele odkąd tylko zobaczyła go po raz pierwszy.  Wiedziała, że w tych fantazjach istniało też współczucie, ale za żadne skarby świata nie uwierzyłaby, że się będzie ono pochodziło od niej.

– A teraz twoje życie też jest zagrożone? – spytała.

– Nie, nieszczególnie.

– A chcesz mnie bzyknąć jeszcze raz?

Ten uśmiech. Jak to możliwe, że tak subtelny ludzki gest mógł ją tak dogłębnie satysfakcjonować? Zdawała sobie sprawę z tego, że kochanie czegoś tak fizycznego było płytkie, ten uśmiech zatrzymywał deszcz, odpychał ciemne burzowe chmury, by odsłonić wieczny blask słońca. Gdy czuła go znów w sobie, pomyślała, że zrobi wszystko by zobaczyć znów to żyjące dzieło sztuki promieniujące na jego twarzy. Nie miało dla niej znaczenia to, że wiosną miał zostać czyimś mężem. Nie miałoby dla niej znaczenia nawet jeżeli zabiłby zakonnicę i pożarł jej święte serce.

Czuła to jednak tylko wtedy, gdy była przy nim. Później, gdy wracała po kolejnym wyczerpującym popołudniu w restauracji i padała ze zmęczenia na łóżko, grała w pozbawiającą ją snu grę w ganianego ze swoją świadomością, taką w której zawsze była berkiem. Znajdywała powody, by o wszystko oskarżać Billa, ale potem myślała o czymś, co kładłoby ciężar odpowiedzialności na niej. Nigdy przedtem nie grała roli kobiety na boku, a to było wyczerpujące.

Pewnego razu po tym, gdy Bill stał przed nią, chciała pobiec w drugą stronę. Chciała zedrzeć z niego ubrania. Chciała powiedzieć mu, że to koniec. Chciała go pocałować. Chciała, by umarł.

– No dalej – powiedziała, wyrzucając peta, który dogasał w powietrzu.

Na górze schodów Bill trzymał drzwi do Lucky Star Studios by przepuścić ją przodem. Gdy zobaczył, że ona wcale nie wchodzi, uśmiechnął się pod nosem – nie tak jak zwykle, ale wciąż pociągająco i zapytał czy, czeka na zaproszenie.

Tran przeszedł obok i skinął jej na dzień dobry. W rogu siedział Raymond Chow, którego całe ciało pokryte było wielkim tatuażem w kształcie ekranu telewizora z chromowanymi pałeczkami wbitymi głęboko w biały karton z chińskim żarciem. Znów jadł smażone krewetki i zupę jajeczną po chińsku, tłusty, karnawałowy zapach unosił się w powietrzu. Światło w przezroczystej kabinie, gdzie czyta się dialogi było zgaszone, ale już wkrótce będzie zapalone, z nią i Billem, czytającymi swoje głupie kwestie i bezsensownie krzyczącymi do mikrofonów w środku.

Musiała zrobić sobie przerwę od Azjatów. Tak jak wszystko inne w jej życiu, to również zaczęło się całkiem niewinnie: Po ukończeniu New York University szukała kogoś, z kim mogłaby dzielić mieszkanie. Wtedy znalazła małe różowiutkie ogłoszenie Mony Fong przypięte na tablicy ogłoszeniowej, która szukała jednej dziewczyny, z którą mogłaby współdzielić mieszkanie w Queens. Ally na początku miała wątpliwości co do mieszkania z kimś z zupełnie innej kultury, ale jej obawy zostały rozwiane jak tylko spotkała się z Moną i dowiedziała się jak bardzo jest amerykańska. Urodzona i wychowana w Jerey, tak jak ona sama. Kiedy nowopowstała firma, w której Ally była sekretarką miała wkrótce ogłosić bankructwo, Mona, poprzez swojego tatę, który był znajomym właściciela Shanghai Surprise, Raymonda Chow załatwiła jej tam robotę. W restauracji zaś, Ally poznała Meg, która pracowała u Raymonda już tyle, że mówili do siebie po imieniu. Ona powiedziała Ally o występie w Lucky Star Studios, i tak oto siedziała tu, myśląc o swoim przesiąkniętym Azjatami życiem, beznadzieja.

Wmawiała sobie, że to wszystko jednak nie jest takie beznadziejne. Że w końcu przejmie kontrolę nad swoim życiem, odzyska je. Płynęła z prądem dość długo, nadszedł czas by przepłynęła Morze Żółte.

– Hi hi! – powiedział Raymond wstając z sofy i pędząc w jej kierunku. Tym sposobem witał wszystkich, co wydawało się na początku słodkie, ale po jakimś czasie zaczęło ją drażnić. Był niskim mężczyzną, którego łysa głowa zawsze lśniła, jakby pokryta wazeliną, i którego wystający brzuch sprawiał, że wyglądał jakby był co najmniej w siódmym miesiącu ciąży. Za plecami wołali na niego Gryzi-mnich ponieważ nie dość, że miał wystające przednie zęby niczym jakiś gryzoń, to jeszcze posiadał skłonności do gorliwych modlitw. Bill parodiował go ze niesamowitą dokładnością, kuląc się w ramionach, obnażając swoje przednie zęby w grymasie, gdy mówił łamaną angielszczyzną a, gdy Ally śmiała się do rozpuku, podobnie jak Tran, zatargał nią potem wstyd. Raymond był tak łagodnym, słodkim facetem, że nikt nie powinien robić sobie z niego żartów, ale jak to zwykle bywa w rzeczywistości ludzie tacy jak on bywają obiektami żartów najczęściej.

– Cześć Ray – zawołała Ally. Wiedziała, że ją lubi, a nawet niemalże czci, i Ally nie wie co jest tego powodem. Z pewnością nie jej osiągnięcia – prawdę mówiąc, biorąc pod uwagę ilość wpadek podczas jednej sesji (co najmniej trzy, a za każdym razem Tran klął pod nosem), miała fart, że jej jeszcze nie zwolnił. Nie przeszkadzało mu, że była białą blondynką, prawdopodobnie jedyną z jaką miewał regularny kontakt. Nigdy się do niej nie przystawiał, jedynie patrzył na nią ukradkowo, tak jak robią to nieśmiali mężczyźni. Najtrudniejsza w rzucaniu pracy byłaby rozmowa z Rayem, ale zrobi to. Będzie silna. To był jej ostatni film. Nie miała nic zaplanowanego, jej przyszłość będzie wyglądać tak jak przed dwu laty. Ale to nie miało znaczenia. Znaczenie miało jedynie wypieprzanie stamtąd.

– Jak się miewasz? – zapytał.

– Jakoś się trzymam – odparła wymierzając mu figlarnego kuksańca w ramię.

Zarumienił się nagle i prawie upuścił to, co miał jej za chwilę dać.

Było to opakowanie od kasety VHS, a na okładce znajdowała się fotografia przedstawiająca dwie osoby, za którymi nie przepadała, Sun Chui i Yan Cheh, ubrane w te same starożytne, chińskie stroje co zwykle. Sun, którego głos podkładał Bill, był lekarzem, który jak się okazało był też ekspertem od kung fu, a gdy akurat nie ratował jakichś biednych, rozchorowanych wieśniaków swoimi igłami do akupunktury czy jakimiś egzotycznymi ziołami, pozbywał się skorumpowanych urzędników i ich bandziorskich gangów. Jego plecione włosy wiły mu się do połowy pleców i przed każdą walką oplatał je sobie ceremonialnie wokół szyi, by nie przeszkadzały mu w akrobatycznej walce, która ostatecznie kończyła się przegraną czarnego charakteru, który zostawał zazwyczaj nabity na jakiś ostry przedmiot zanim zdążyły polecieć końcowe napisy.

Ally natomiast była Yan, osieroconym siostrzeńcem Sun, który ciągle wpadał w różnego rodzaju idiotyczne opały i ktoś go musiał wciąż ratować. Na początku granie roli chłopca wydawało jej się dziwne, ale potem sięgała pamięcią do animowanych filmów, przedstawiających chłopców, których głosy podstawiały kobiety jak na przykład Barta Simpsona albo Bobby’ego Hilla. Mówiła nieco niższym tonem i z brytyjskim akcentem, co było wymogiem wobec wszystkich aktorów, nie licząc Billa, który miał udawać chińsko-amerykański akcent. Nie miało to sensu, ale widocznie takie były wymogi dubbingowanych filmów kung fu, w każdym razie tutaj, w Lucky Star Studios.

Wewnątrz kabiny do nagrań, Ally przeczyściła gardło i duszkiem wypiła haust wody. Spojrzała na scenariusz, jej kwestie zaznaczone były na żółto. Bill spojrzał na swoje z grymasem na swojej pięknej twarzy. Jego szczęki były zaciśnięte, gdy spojrzał w górę i spotkał wzrok Ally, a ona spostrzegła wtedy, że Bill nienawidzi swojej pracy jeszcze bardziej niż ona sama, jeżeli to w ogóle możliwe. Udawany akcent był dla niego utrapieniem bardziej niż cokolwiek innego, sprawił, że zaczął się zastanawiać nad tym, dlaczego wcześniej uczęszczał na te wszystkie lekcje emisji głosu w Stella Adler School, skoro wszystko co musiał robić to mówienie jak jego ojciec.

– Przepraszam za spóźnienie – rzekł Gordon Chan, popijając kawę ze styropianowego kubka.

Nie wyglądał na faceta, któremu było przykro, mimo, że tak utrzymywał. Rozpiął brązową, skórzaną kurtkę, powiesił ją na wieszaku za drzwiami, ściągnął dobrze dobrane rękawiczki, odwinął szal z szyi po czym złożył go starannie i umieścił w kieszeni kurtki, wciął kolejny duży łyk kawy i przeprosił, by udać się do toalety.

– Boże, nienawidzę tego gościa – powiedział nagle Bill.

Ally też nim gardziła, ale musiała przyznać, że był on jednym z najbardziej utalentowanych ludzi, z jakimi przyszło jej kiedykolwiek pracować. Każdy kolejny głos podkładany przez niego był zupełnie inny od poprzedniego, tak że nikt nigdy by nie pomyślał, że którekolwiek dwa są głosami tej samej osoby. Podkładał nawet kobiety, i robił to świetnie.

Gordon zamknął za sobą drzwi, kabina po chwili wypełniła się ciszą. Był upasionym, włochatym, paskudnym facetem, który mógł być tylko lektorem, dubbingowcem albo radiowcem. Wziął do ręki swój scenopis i przewrócił na odpowiednią stronę.

– Ah – westchnął, odwracając się do Ally. Nawet z odległości jednego metra mogła dostrzec czarne kłaki wystające mu z nozdrzy, jak odnóża jakiegoś robala. Czy on nie miał lustra w domu? – Wygląda na to, że to właśnie ja i ty, kobieto. Teraz pamiętam, nie chciałaś robić tej części ostatniej nocy.

– Żadne z nas nie chciało

– Nieważne – parsknął Gordon. – Gotowa?

– Od jakiegoś czasu – odparła na to Ally

– Hut! – krzyknął Gordon zaczynając bez ceregieli

– Hi! – powiedziała Ally

– Hoo!

– Oh!

– Ja!

– Łaa!

– Eee!

– Łoa!

Przebrnęli przez jeszcze około trzy strony podobnego dialogu zanim Gordon powiedział:

– Myślisz, że jesteś szybki, ale ja jestem szybszy

Na co Ally odparła:

– Ha! To się okaże!

I kolejnych kilka stron męczącego chrząkania. Po jej pierwszym dubbingowaniu zapytała Trana, dlaczego dystrybutor po prostu nie użyje oryginalnej ścieżki dźwiękowej.

– Raymond chce spójności – powiedział jej Tran, po czym wzruszył ramionami w odpowiedzi na jej zmieszanie. – Hej, po prostu rób to, co nam każą. – Szef mówi, że chce aby dialogi i odgłosy walk były takie same.

– Nie potrafię sobie wyobrazić, żeby ktokolwiek zauważył różnicę.

– Kobieto– powiedział udając Gordona – zwracasz się do niewłaściwej osoby.

Ally również nie mogła sobie nawet wyobrazić, że ktokolwiek mógłby chcieć oglądać takie filmy. Miały przecież co najmniej ze trzydzieści lat, nie miały żadnych fajnych efektów, żaden Keanu Reeves nie wyrzuca serii z automatu w super, ultra zwolnionym tempie, żaden Chow-Yun Fat nie szybuje po niebie i nie walczy balansując na pojedynczej gałęzi drzewa. Gdy Ally dalej wydawała gardłowe, zwierzęce odgłosy w szklanej norze, pocieszała się faktem, że to ostatni raz, kiedy musi robić, ostatni raz, ostatni raz, ostatni raz.

Gdy Ally wróciła do swojego mieszkania, zaskoczyła ją obecność Mony w kuchni.

– Co ty tu robisz? – zapytała Ally, nie chcąc brzmieć aż tak oskarżycielsko. Poczuła się jeszcze gorzej, gdy zobaczyła jak blada zrobiła się Mona.

– Czuje się do dupy – odparła chrapliwym głosem, próbując z całych sił otworzyć puszkę z rosołem. Puszka miała nowy rodzaj otwierania, taki jak żarcie dla kotów,  który był niemalże gwarancją złamanego paznokcia.

Ally posadziła ją przy stole. Wyważyła pokrywkę rączką widelca, wyjęła zawartość puszki do miski z pokrywką i wsadziła do mikrofali, po czym nastawiła minutnik na trzy minuty i przez zaciemnioną szybkę obserwowała z wolna kręcącą się w kierunku przeciwnym do wskazówek zegara miskę. Będąc jeszcze w metrze, w podróży ze studia, Ally nie mogła się doczekać wegetacji przed telewizorem aż do czasu kiedy będzie musiała iść do restauracji, ale przy takim obrocie spraw musiała nie tylko porozmawiać z Moną, ale również zaopiekować się nią. Jej przyjaciółka nie często bywała chora, ale była jedną z tych osób, które całym sercem angażowały się w chorowanie, prawie czerpiąc z tego przyjemność w pewien masochistyczny sposób.

Ally przyniosła jej zupę i usiadła obok niej.

– Dzięki – powiedziała Mona, grzebiąc łyżką w powykręcanych kluskach i wyjadając tylko rosół. – Jezu, czuje się okropnie. Boli mnie każdy pojedynczy mięsień. Nawet język mi się zmęczył. Chyba nigdy nie pozbędę się tego przeziębienia.

– Byłaś u lekarza?

– Powinnam, co nie?

Ally potwierdziła kiwnięciem głowy, ale jej myśli były teraz gdzieś indziej. Zastanawiała się czy Mona, jej nowa współlokatorka przyniosłaby jej miskę ciepłej zupy, gdyby to właśnie ona czuła się tak kiepsko. Za każdym razem, gdy Ally chciała powiedzieć Monie o swoich zamiarach wyprowadzenia się stąd na Brooklyn, za każdym razem coś jej w tym przeszkadzało. Wciąż jeszcze nie było za późno, termin umowy kończy się za trzy miesiące, więc ma wystarczająco dużo czasu na znalezienie czegoś na zastępstwo. Mona też może znaleźć sobie inne mieszkanie. Dwa proste słowa, które powtarzała sobie niejednokrotnie, zastanawiając się czy je kiedykolwiek z siebie wyrzuci. Wszystko co musiała zrobić to powiedzieć dwa słowa: „Wyprowadzam się”. Ale to było za trudne. Czy Mona będzie zła? Będzie płakać? A co jeżeli będzie? Ally nie wiedziała jak poradzić sobie z tą sytuacją. Czas jaki miałyby spędzić jeszcze w mieszkaniu stałby się koszmarem, ich relacje zostałyby zniszczone. Z całą pewnością nie mogła powiedzieć jej, że w zeszłym podpisała umowę na mieszkanie w innym miejscu, gdzie miałaby dzielić mieszkanie z dwoma innymi dziewczynami, białymi dziewczynami, ambitnymi aktorkami, tak jak ona. Poznała je na castingu do reklamy banku, na którym firma szukała kobiety z wyglądem ptasiego móżdżka, ale eleganckim głosem. Żadna z nich nie dostała tego zlecenia, ale Ally szybko zaprzyjaźniła się z jedną z nich, Jolene, która zaprosiła ją na do siebie. Mieszkanie Jolene nie było tak przestronne jak jej, ale nie było w nim Azjatów.

Jezu, naprawdę tak pomyślała? Nie było w nim Azjatów? Co będzie następne, ogolenie głowy na łyso i wytatuowanie swastyki na bicepsie?

Nie. Musiała to zrobić. Musiała.

– Mona – rozpoczęła Ally. Powie to teraz, co z tego, że jej przyjaciółka była w samym centrum walki z chorobą. Jedyny sposób by to zrobić, to po prostu zrobienie tego. Żadnych wymówek.

– Poczekaj sekundkę – odparła Mona podnosząc ze stołu najbliższy papierowy obiekt, jasnoniebieską serwetkę . Wydmuchała nos, dwukrotnie, za drugim razem troszkę za mocno. Krew skapywała po cienkiej chusteczce zmieniając kolor na szkarłatny. – Cholera jasna. Krwawię. Uh

Ally poderwała się z krzesła i pobiegła do łazienki. Otworzyła apteczkę i znalazła to, czego szukała, opakowanie wacików, po czym pobiegła powrotem do Mony wręczając je jej.

Mona wetknęła sobie jeden w lewą dziurkę nosa, odczekała chwilę, wyciągnęła nasączony krwią wacik i zamieniła go na świeży. Zawsze tak robiła, gdy krwawił jej nos. Miała wiele innych przyzwyczajeń, na przykład gdy zmywała naczynia najpierw myła talerze, potem miseczki, potem dopiero sztućce, zawsze w tej kolejności. Gdy chciała poskakać po kanałach w telewizji, włączała na ostatnią stację – numer 97, a potem dopiero jechała w dół. Z końcem kwietnia to będzie już całe trzy lata jak ze sobą mieszkają i to co naglę uderzyło Ally, to fakt, że tęskniłaby za nią. Miała nadzieję, że będą mogły pozostać przyjaciółkami.

Mona leżała na sofie, podniosła sobie głowę podkładając sobie więcej poduszek.

– Co? Dopiero trzecia?

– Powiedziałam Raymondowi, że będę wcześniej, odparła na to Ally, co nie było prawdą. Może przejdzie się do muzeum, pokręci trochę i pogapi na impresjonistyczne dzieła zanim jej zmiana się zacznie. Mogłaby też naprawdę pójść szybciej, zamienić tym samym kłamstwo w półprawdę i zarobić coś ekstra.

– OK – odparła Mona. – Chyba się troszkę zdrzemnę.

Będąc pod prysznicem, Ally zadręczała się faktem, że znów nie udało się jej tego powiedzieć Monie, nie trwało to jednak długo. Zadręczała się już tyle razy, a i tak nie przynosiło to efektu. Czuła na całym swoim ciele perfumy Billa, a to sprawiło, że myślała tylko o nim i o tej ohydnej sytuacji. Gdy zapytała go, ten z niechęcią pokazał jej fotografię dziewczyny, którą miał wkrótce poślubić, tak jakby miała go użyć kiedyś w przyszłości przeciwko niemu. Wyobraziła sobie sytuację, w której gra rolę zazdrosnej kochanki, odnajduje jego narzeczoną i mówi jej, że go kocha i że zrobili to czterdzieści cztery razy. Nie była na bieżąco w tych sprawach, ale wydawało się jej, że ludzie cierpiący na paranoje tak robią. Jej imię było tak samo proste jak jej twarz, Mary. Była Japonką, którą on znał od zawsze.

– Kochasz ją? – zapytała go. Tak naprawdę nie chciała znać odpowiedzi na to pytanie – Kochasz ją też wtedy kiedy mnie pieprzysz? – Na to pytanie już jednak chciała.

Wnioskując ze sposobu w jaki patrzył na nią, odpowiedzi na oba te pytania byłyby takie same. Nie kochał jej, ale jego rodzina tak. To, że była obrzydliwie bogata nie było takie złe. Ally zastanawiała się nad tym, ile jeszcze romansów będzie w jego życiu. Zobaczyła siebie na początku bardzo długiej kolejki kobiet przesuwających się co trochę o jeden krok do przodu. Teraz była jej kolej, ale wkrótce odejdzie i zamknie za sobą drzwi. Gdy odejdzie z Lucky Star odejdzie też od niego, to będzie łatwe. Nie musiałaby więcej go widywać. Pragnęła go tylko wtedy, kiedy był w zasięgu wzroku.

Zeskrobała Billa i wszystko inne za pomocą pokaźnej ilości żelu do kąpieli i za dużej gąbki. Bez zbędnego pośpiechu, wytarła się czystym ręcznikiem, ręcznik z frotte delikatnie gładził jej skórę, niby malutkie palce, jedna z niewielu niczym nieskażonych jeszcze uciech w jej życiu. Wysuszyła włosy, nieprzerwany powiew ciepła sprawiał, że się pociła. Będąc w sypialni ubrała białą koszulę i na czarne rajstopy wsunęła czarną spódniczkę, był to strój obowiązujący w pracy, który musiała przywdziewać tysiące razy. Obiecała sobie, że powie Monie w momencie wychodzenia z salonu. Ona będzie spała, ale Ally obudzi ją. Potrząśnie nią, obudzi i nada jej życiu właściwy bieg.

Mona rzeczywiście spała, ale Ally nie była przygotowana na widok takiej małej i bezbronnej dziewczynki z kocykiem zaciągniętym po same uszy.  Wyglądała komicznie, ale słodko, z jedną dziurką nosa zapchaną wacikiem, z rozchylonymi ustami wydającymi leciutkie odgłosy chrapania.

Powie jej wieczorem, jak tylko wróci. Zrobi to.

Musiała w to wierzyć. Jeżeli sama nie wierzyłaby we własne kłamstwa, kto miałby uwierzyć?

Jedyną częścią Shanghai Surprise, za którą tęskniłaby Ally to Meg. Obiecały sobie, że będą wychodzić wspólnie na lunch co najmniej raz w tygodniu, mimo to Ally wiedziała, że to nie będzie to samo. Nie dzieliłyby tego samego śmiechu, tak jak zeszłej nocy, oglądając ogromnego gościa siedzącego przy okrągłym stole, jedzącego jak wygłodzony pies, rozwalającego coraz więcej kawałków jedzenia wszędzie dookoła wraz z kolejnym pochłoniętym daniem, ale każda z nich miałaby swoje własne historie, którymi chciałaby się podzielić. Meg narzekałaby na Raymonda Liu, a Ally obrabiałaby tyłek swojemu nowemu szefowi, kimkolwiek on będzie. Ally dostała posadę pracownika biurowego w firmie reklamowej dwa dni temu a jedynym człowiekiem jakiego tam spotkała był doradca klienta.

Jeżeli pozostały by jedynie w relacji byłych koleżanek z pracy, ich znajomość nie miałaby szans istnienia. Wróciła myślami do Carol, jej dawnej znajomej z kabiny. Były najlepszymi przyjaciółkami, jadały wspólny lunch prawie każdego dnia, a mimo to kiedy razem z Ally próbowały utrzymać dalszą znajomość, tematy rozmów wyczerpywały im się po dziesięciu minutach a reszta posiłku przebiegała w beznamiętnej rozmowie i niezręcznym milczeniu.

Jeżeli to samo przydarzyłoby się jej I Meg, nie byłby to koniec świata, ale jednak byłoby przykro przyznać, że po tym, jak już się kogoś pozna nagle, bez niczego, można przestać widywać się z tym kimś bez żadnego prawdziwego powodu. Ally zastanawiała się jak ma się Carol, czy w ogóle o niej myśli. Pewnie tak samo jak ona myśli o niej, czyli prawie wcale.

Ally przeszła obok głównego wejścia restauracji i weszła na ścieżkę pomiędzy Shanghai i sąsiednim budynkiem, barem karaoke. Przechodząc, słuchała grupy dziewcząt z zapałem śpiewających piosenkę zespołu the Eurythmics, „Sweet Dreams”, co wychodziło im nie najgorzej jak na amatorki. Mogła je dostrzec przez szybę, ich szóstka ściśnięta przy dwóch mikrofonach na oświetlonej scenie, wyglądały na młode i pijane. Było jeszcze przed czwartą, więc pewnie były to studentki imprezujące przed letnim semestrem rozpoczynającym się w przyszłym tygodniu. Też powinna była tak imprezować będąc na studiach.

– Kiedy żale biorą górę nad nadziejami – powiedział ojciec Ally podczas jej ostatnich urodzin – oznacza to, że się starzejesz. To było podłe z jego strony, ale tak naprawdę miał na myśli bardziej swoje życie niż jej – dwa nieudane małżeństwa, firma, która ledwo zipała, obecny związek zmierzający ku końcowi, ale kiedy zdał sobie z tego sprawę szybko dodał – ale słonko, jeszcze długo, długo nie będziesz musiała się tym martwić. – Mylił się jednak. Niewiele brakowało jej do trzydziestki, i nie wiedziała szans na zmiany w życiu. Starała się bardziej niż ktokolwiek, kogo znała, chodząc na wszystkie castingi dla aktorów, o których tylko usłyszała, ale jak dotąd nic z tego nie wyszło. Do tej pory jej największymi osiągnięciami były dwie nieme role, barmanki w „Seksie w wielkim mieście” i prostytutki w „Prawie i porządku”. Było tak wiele młodszych osób, którym udało się odnieść sukces, a za każdym razem gdy spojrzała na okładkę magazynu czy bilbord, czuła w sobie gorzką wściekłość, złość zamieniającą się w fizyczną, piekącą zgagę. To ona powinna przecież udzielać wywiadów o swojej roli w najnowszym przeboju kinowym, a nie te słodziutkie dwudziestolatki, którym akurat udało się znaleźć w odpowiednim miejscu i czasie. Czasami czuła jakby cały świat sprzeniewierzał się przeciwko niej, dając jej tylko serie niekończących się rozczarowań.

Przy wejściu dla dostawców restauracji Shanghai spotkała Meg, która właśnie odpalała fajkę.

– Margaret Min-Joo Lee! – wykrzyknęła Ally, starając się zrobić wrażenie nauczycielki.

– Allison Douglas Carter! – odkrzyknęła Meg.

Poczęstowała ją papierosem. Ally wzięła. Pomyślała, że palenie to kolejna rzecz, która ich łączy. Jeżeli lunch nie pójdzie dobrze zawsze mogą umówić się na filiżankę kawy i papierosa.

Usiadły na pace z mlekiem I paliły, rozkoszując się pięknym dniem, błękitnym niebem i rześkim wiatrem.

– Wciąż nie mogę uwierzyć w to, że cię tu jutro nie zobaczę – zaczęła Meg

– Wspólny lunch co czwartek, tak?

– No tak – odparła Meg – tak.

Ally nie wiedziała co ma powiedzieć, więc nie mówiła nic, tylko wypuszczała dym. Jedna z małych chińskich pomywaczek dołączyła do nich tego południa, przysuwając bliżej jeszcze jedną pakę na mleko i siadając obok Meg. Tak jak pozostałe, ledwo mówiła po angielsku. Ally podobała się myśl, że łączyło je coś uniwersalnego, nawet jeżeli było to coś tak złego jak tytoń. Musi rzucić prędzej czy później. Prędzej, jeżeli nie chce wyglądać jak ten gość, który prawdopodobnie palił przez całe życie, jego twarz jak wytarty skaj, zmarszczki tak głębokie, że wyglądają jak blizny.

Meg wstała i przygasiła obcasem papierosa.

– Wiesz  kto ma się zjawić w naszej restauracji za piętnaście minut?

– Hmmmmm… niech zgadnę. Madonna I Sean Penn? – To był ich stary żart.

Gdy po raz pierwszy przyszło im pracować razem, zgadały się, że widziały kiedyś przedstawienie „Shanghai Surprise” w tym samym teatrze. Myśl, że mogły nawet siedzieć obok siebie jakieś piętnaście lat wstecz a teraz obie były kelnerkami w tej samej restauracji wydawała się być niesamowita i kosmiczna.

– Nie, ani nie Spicoli ani Materialistka – odpowiedziała Meg. Szły widną, zakrzątaną kuchnią, każdy ich krok odkrywał kolejny bogaty zapach: krewetki w maśle, pieczeń z kaczki, kurczak w sezamie. Dziewczyny wyszły przez wahadłowe drzwi dwuskrzydłowe, zmuszając swój wzrok do szybkiego przyzwyczajenie się do ciemności. Pomiędzy lunchem a obiadem restauracja świeciła pustkami, więc na Sali głównej nie było żywej duszy.

– Zatrzymały się przy księdze gości a Meg wskazała palcem godzinę czwartą. Był tam jeden chiński znaczek a obok niego cyfra 3.

– Wiem, że nie potrafisz czytać po chińsku, ja też nie potrafię, ale ten znak znam, bo to moje nazwisko.

– Lee – powiedziała Ally. – No I co z tego?

– Podsłuchałam rozmowę Raymonda z jego żoną. Ten Lee to Ang Lee.

– Dlaczego Ang Lee miałby przychodzić do takiego miejsca?

– Kto wie? Może mają z Raymondem wspólnego znajomego albo coś takiego. Kogo to obchodzi? – Meg spojrzała na nią z uśmieszkiem. – To jest Ang Lee, ten o którym tyle gadamy. Kręci filmy, dużo filmów, filmów odnoszących sukcesy, filmów nagradzanych Oskarami. Prawda?

Ally kiwnęła potwierdzająco

– Ale nawet jeżeli miała bym go obsługiwać…

– Oh, będziesz go obsługiwać.

Wydawała się być tego przekonana, co oznaczało, że szykuje się sprzeczka pomiędzy nią a Raymondem. Meg była najlepszą kelnerką, więc obsługuje zawsze najlepsze stoliki. Nie ulega żadnym wątpliwościom, że Raymond będzie chciał aby jego numer jeden obsługiwał taką sławę.

Meg poprowadziła ją do narożnego stolika obok kominka, najlepszego stolika w tej restauracji. Zastawiły stolik dla trzech osób, pałeczki po lewej, szeroka ceramiczna łyżka do zupy po prawej, serwetka w kolorze czerwonego wina złożona w piramidę położona na złotej tacy. Trzy filiżanki do herbaty, dwa rodzaje sosu sojowego, jedna świeża róża włożona w wazonik.

Co mogła zrobić? Stepować na ich stoliku? Wyjechać z piosenką podczas serwowania smażonego ryżu? Na pewno nie chciała powiedzieć mu, jak bardzo podziwia jego dokonania, bo nie podziwia. „Burza lodowa” wydawała się jej nudna a oglądając „Przyczajonego tygrysa, ukrytego smoka” właściwie zasnęła. Poza tym, to nie byłby dobry pomysł żeby powiedzieć coś w stylu „Jestem wielką fanką Pana produkcji”. Jak miałoby to ją niby przybliżyć do prawdziwego celu zostania aktorką?

Z resztą, co z jej zasadą “żadnych Azjatów”? Czy czasem przez zapoznanie się z Angiem Lee nie złamie zobowiązania?

To była najgłupsza rzecz, jaką mogła w tym momencie wymyśleć. Przemawiał przez nią strach, zdała sobie sprawę z tego, że jeżeli nie zrobi nic, okaże się taką samą sierotą jak Bill. Teoretycznie, nie ma nic do stracenia. Najgorsze co mogło się wydarzyć to wyrzucenie z pracy, ale co z tego? Przecież i tak odchodziła.

– Jesteś wcześniej – powiedział Raymond. Z Raymondem Chow z Lucky starł łączyła go narodowość i imię, ale ten Raymond był inny pod każdym względem. Był wysoki, szczupły, szczerze lubił gdy się go wzywało na pomoc. Nigdy nie wtrącał się pomiędzy Ally i Meg, tak jak to robił w przypadku chińskich kelnerek i pomocników, ale fakt, że dopuszczał się takich okrucieństw sprawiał, że nie przepadała za nim. Ally planowała odejść dziś wieczorem i nigdy nie wrócić, zostawiając mu krótką wiadomość na sekretarce tak szybko, jak tylko znajdzie inną pracę.

– Zabijam czas. Czy to w porządku?

Raymond kiwnął głową.

– Ty czyść sztućce– powiedział, wskazując na jej stanowisko w kuchni, tak jakby nie wiedziała gdzie to się robi po ponad rocznej pracy tam. Zrobiła to, co jej kazano i zostawiła Meg sam na sam z szefem. Polerowała rzadko używane widelce i noże a następnie wróciła do nich. Meg zapoznała ją z menu pana Anga, które zostało wcześniej przefaksowane przez jego osobistego asystenta.

– Raymond się wkurzy – powiedziała  Ally.

– Walić go – odparła Meg. – Co zamierzasz zrobić?

– Wiem czego nie chce zrobić, nie chcę powiedzieć mu jak kocham tę pracę.

– Może mogłabyś mu coś zaprezentować, albo nie wiem, cokolwiek?

Była poważna. Meg była kochana, ale nie była najbystrzejszą dziewczyną, z tych które Ally zna.

– Nie sądzę.

– Powinnaś coś zrobić.

– Wiem.

– Pomyśl o tym – powiedziała, rzucając zwycięski uśmiech w jej kierunku – po prostu to zrób.

– Wyglądał zupełnie jak na kilku fotografiach i przesłuchaniach, które wcześniej widziała, gibki, o przyjemnych rysach twarzy z ciepłymi, żabimi oczami. Miał na sobie grubą, zimową kurtkę z futrzanym kapturem. Towarzyszyło mu dwoje starszych Azjatów. Jak tylko pan Liu zabrał ich okrycia i wskazał stolik, Ally podeszła do nich ze srebrnym dzbankiem gorącej herbaty. Za plecami usłyszała cichą kłótnie Raymonda i Meg.

– Powitała ich i przyjęła zamówienia pozostałych mężczyzn, nagle coś dziwnego zaczęło dziać się z czasem, gdyż w mgnieniu oka przyniosła zupy i zakąski i właśnie niosła już trzy duże talerze obiadowe chwiejące się na jej owalnej tacy.

– Jak idzie? – zapytała Meg.

– Spoko.

– Just do it – powiedziała Meg, powtarzając slogan Nike.

Talerz Anga wyglądał i pachniał przepięknie, wołowina z bazylią i kolendrą. Przyglądanie się temu daniu pomogło jej przypomnieć sobie jeden z jego filmów, który akurat bardzo jej się podobał, oglądała go z napisami a jego tytuł brzmiał „Jedz i pij, mężczyzno i kobieto” i opowiadał o szefie kuchni i jego trzech córkach. Najlepszą częścią filmu było gotowanie i jedzenie, było to też wzruszające, naprawianie zepsutych relacji pomiędzy ojcem a córką. Ally razem z Moną oglądały kiedyś ten film, na końcu obie się popłakały.

Moment podania rachunku, który wypisała i wsunęła do podłużnego, czarnego etui z zakładką na kartę kredytową, był jej ostatnią szansą

– Mam nadzieję, że się Państwu podobało – powiedziała

– Było przepiękne – odparł Ang, wsuwając kartę do etui.

To była platynowa karta American Express, ANG LEE, członek od roku 1981. Przesunęła nią przez urządzenie. Nienawidziła siebie za czekanie na ostatnią chwilę, by powiedzieć coś, cokolwiek. Musiała coś powiedzieć. Lata później chciała opowiadać jakiemuś reporterowi historię tego wieczoru, jak to, co się wydarzyło doprowadziło do przełomu, do początku jej prawdziwego życia.

– Dziękuje – powiedziała. – I panie Lee – dodała – chciałabym powiedzieć tylko jak bardzo cenię pańską pracę.

– Uśmiechnął się uprzejmie, jakby od niechcenia. Ile razy to już słyszał? Pewnie z milion.

– Dziękuję – odpowiedział.

– Też jestem aktorką – ciągnęła dalej słabnącym głosem, ale próbując przepchnąć powietrze przez struny głosowe – i mam nadzieję, że będzie mi dane współpracować kiedyś w przyszłości z kimś takim jak Pan.

– Kąciki jego ust nieco opadły, wersja z pewnością zarezerwowana dla zdesperowanych aktorów, a w Ally zabłysła iskierka nadziei. Udało się jej do niego dotrzeć, przekazując wszystkie lata frustracji w jednym potężnym zdaniu. Mógłby z łatwością powiedzieć jej, by wpadła do studio jutro rano, bo akurat prowadzi casting do kilku małych ról do najbliższej produkcji. Albo coś w stylu– tu jest moja wizytówka, zadzwoń jutro do mojej asystentki. Znam kogoś, kto zna kogoś.

– Życzę ci wszystkiego dobrego – powiedział jedynie.

Chociaż próbowała. Przekonywała w ten sposób samą siebie po drodze do Lucky Star Studio tamtej nocy, ale nie poprawiało jej to wcale nastroju. Była to kolejna w porażka na wciąż rosnącej ich liście, i w pewnym momencie w przyszłości będzie musiała poddać się, zmierzyć się z faktem, że jej marzenie o aktorstwie pozostało tylko marzeniem.

Dodała Anga Lee do listy Azjatów, którzy zrobili ją w balona. Nienawidziła go, nienawidziła ich wszystkich, tych ich skośnych oczu, tej ich brudnej, żółtej skóry, tych ich tłustych, czarnych włosów. Byli również tani, zbyt tani, ich napiwki w Shanghai Surprise zawsze były najmniejsze ze wszystkich.

– Życzę ci wszystkiego dobrego. Życzę ci, żeby cię przejechał autobus, Ang – powiedziała do siebie w myślach.

– Hej – zawołał Tran, wchodząc – jesteś tu o bardzo późnej porze.

– Gdzie Ray?

– Pojechał po znajomych na lotnisko. Co tu robisz?

– Nie twój interes – odburknęła Ally.

– OK…

Ally padła na kanapę Raymonda. Okładka kasety jej najnowszego filmu leżała na stoliku z boku. Pomysł dokończenia tego zlecenia sprawił, że miała ochotę się upić. Raymond znajdzie kogoś na jej miejsce w okamgnieniu, kolejną naiwną dziewczyną, która pociągnie dalej jego beznadziejny interes.

– Miałam ciężką noc.

– Wszystko w porządku, ja też miałem gówniany wieczór. W jakiś sposób spieprzyłem synchronizację w ostatniej ścieżce, więc musiałem zacząć od nowa. W sumie, powinienem się tym znów zająć, jeżeli chce się choć troszkę zdrzemnąć.

– Wiesz kiedy wraca?

– Chyba właśnie idzie – powiedział Tran, wskazując na drzwi.

– Hi hi – zarechotał Raymond, zdejmując kurtkę. Towarzyszyła mu niska, starsza kobieta. – Co robicie tu o tak późnej porze?

– Chcieliśmy tylko z tobą pogadać – powiedziała.

– OK – odparł. – Ale przed tym, mam niespodziankę! Oba palce wskazujące skierował na kobietę, którą właśnie przyprowadził. – Ta da!

– Cześć – powiedziała stara kobieta. Była niższa od Raymonda i starsza, prawdopodobnie po sześćdziesiątce, ale było w niej coś znajomego. Gdy zobaczyła, że Ally jej nie rozpoznaje, podskoczyła i wykonała wymyślny podwójny kopniak w powietrzu, potem skrzyżowała ramiona i zgięła palce obu dłoni. To był styl węża, a Ally nie miała już żadnych wątpliwości co do tego, kim starsza pani jest.

– Tak! Mam na imię Yiyi – powiedziała z wyraźnym uśmiechem, dokładnie ta, którą pokazują na końcu każdego filmu. Miała na nich ze trzydzieści lat, ale jej oczy były identyczne, malutkie czarne źrenice, lśniące niczym gwiazdy.

– Ale ona jest kobietą – powiedziała Ally do Raymonda, który skinął głową i wytłumaczył, że Yiyi przebrała się za mężczyznę, by grać męską rolę.– Ty dziewczyno, grasz chłopca, ale ten chłopiec jest tak naprawdę dziewczyną. Co mówisz? Ironia?

– Ironia – powtórzyła Ally.

– Yiyi złapała ją za dłonie i przemówiła do nich po chińsku a Raymond zaczął tłumaczyć:

– Dziękuję ci. Dałaś mi … mówić? Głos. Dałaś mi głos.

Ally nie wiedziała co ma powiedzieć. To była cudowna rzecz, ale nie taka, jaką chciała wtedy usłyszeć.

– Dziękuję – powiedziała jej, a następnie zapytała Raymonda – Czy możemy porozmawiać na osobności?

– Jasne, jasne – odpowiedział. Posadził Yiyi na kanapie i poprowadził Ally do swojego biura, które było niczym więcej niż oddzielonym za pomocą parawanu z papieru ryżowego fragmentem pomieszczenia. Zajął miejsce za biurkiem i popchnął Ally, by ta usiadła naprzeciw niego, ale ona wolała stać.

– Odchodzę – wydusiła z siebie Ally, zaskoczona swoją odwagą. W prawdzie, nawet czerpała z tego przyjemność przez chwilę. Ten jeden raz znalazła się po stronie odrzucającej, poczuła się ostra i silna.

Raymond zamrugał oczami, potrząsnął głową, jakby nie do końca rozumiał zaistniałą sytuację.

– Odchodzisz? Teraz?

– Tak – odparła – wprowadzam zmiany w swoim życiu.

– Nie dokończysz „Five Masters from Beijing”?

Próbował wywołać w niej poczucie winy, by została, ale Ally nie dała się wyprowadzić z równowagi, wierząc zamiast tego, że zmarnowała tam dwa lata swojego życie, czas którego nie da się cofnąć. Jeżeli ktokolwiek w pobliżu miałby czuć się winny, to powinien być Raymond, nie ona.

– Nie dokończę filmu.

Raymond skinął głową, po czym wstał z krzesła. Uśmiechnął się, otworzył ramiona i zanim Ally zrozumiała, że czeka na uścisk, zajęło jej to chwilę. Pochyliła się by go przytulić, jego brzuch uciskał ją. Było to jak ściskanie cieplutkiej poduchy, czuła się komfortowo.

– Wiedziałem, że zrobisz to wcześniej, czy później – wyszeptał delikatnie do jej ucha. – Jestem szczęściarzem, naprawdę, że byłaś u mnie przez cały ten czas.

– Nie – odparła Ally.

– Ty piękna, ty talent, ty idź rób duży film. – Rozluźnił nieco uścisk i popatrzył wprost na nią. – OK?

– OK – powiedziała, czując się pozbawiona sił. Powinna była się domyśleć, że wszystko co jej powie będzie bardzo miłe, sprawiając, że poczuje się jak gówno spływające mu po twarzy. Gdy podążyła za Raymondem wychodzącym z biura, nagle przepełniło ją przerażenie. Wszystko się zmieniało – nowa praca, nowe mieszkanie, nowi współlokatorzy, jej życie nie było już naprawdę jej.

– Ale właśnie tego chciała prawda?

Yiyi wlepiała ślepo wzrok w wielki ekran telewizora, oglądając końcówkę ostatniego filmu, który dubbingowali Ally i Bill.

– Do widzenia – powiedziała Ally, ale nie była pewna czy Yiyi usłyszała ją. Musiała słyszeć, bo gdy już była przy drzwiach, Yiyi krzyknęła coś i pomachała jej.

– Co powiedziała? – spytała jeszcze Raymonda.

– Do widzenia – odparł jej na to – do widzenia, Amerykańska siostro. Do widzenia Ally.

Po zamknięciu drzwi, stała jeszcze chwilę w na pół ciemnym korytarzu i słuchała dobiegających zza cienkich ścian odgłosów krzyków z filmu karate. Poczekała aż końcowa muzyka ucichnie, potem nie było już nic, tylko cisza.

Oryginalne opowiadanie: Sung J. Woo

Przekład: Marcin Kucharski

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s